Zastanawiałem się niedawno w czym jestem dobry. W czym osiągnąłem poziom tak wysoki, że znajomi mnie nie przebiją. Po kilku dniach rozmyślania, rozważania, wybierania kolejnych dziedzin, objawiło się coś, co siedziało w zakamarku myśli. Spalone mosty to moja specjalność.

Gdy poczuję, że jestem w miejscu, gdzie być nie powinienem. Gdy doznam, że nie czuję chemii między mną a ludźmi, z którymi spędzam mnóstwo czasu. Gdy coś się wali. Gdy zachłysnę się wyimaginowanym poczuciem radości. Gdy nie udaje mi się czegoś uratować. Gdy roznegliżowane uczucia i myśli zna za dużo osób. Znikam.

Nie zwykłe cyk i nie ma. Nie ma czary mary i odchodzę. Zawsze zostawiam coś po sobie. Komentarz, kilka głupio wypowiedzianych słów. Popisuję się jakimś źle trafionym cytatem, który uznałem za stosowny. Niestety nie wszyscy go rozumieją. Wykonuję głupi gest. Wszystko, żeby nie wrócić do miejsca, z którego odchodzę. Żeby mnie tu nie chciano z powrotem. Słowem i gestem podpalam most. Dopiero wtedy znikam. Nie nawiązuję relacji. Nie piszę. Nie dzwonię. Nie dopytuję. Nie lajkuję na Facebook’u. W miejscu, z którego znikam, nic o mnie więcej nie wiadomo. Gdzie jestem, co robię. Nie istnieję. Hasztag nikogo.

Tylko raz odbudowywałem most, który bezczelnie spaliłem. Żałowałem tego wyczynu. Każdego dnia wcielam się w inżyniera i buduję. Stawiam filary i przęsła miłości.