Kilkukrotnie mogliście przeczytać moje wypociny odnośnie dbania o swój offline, czy to tutaj, czy na Twitterze. Ponad 2 lata temu napisałem, że uciekam w offline (dokładnie 10 lipca 2015 r. – rzeczywista data publikacji na starym blogu). Od tamtego wpisu minęło sporo czasu. W tzw. międzyczasie wiele się w moim życiu zmieniło, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Jednak moje postrzeganie tego, co dzieje się w sieci, jaka jest jakość sieci społecznościowych, a przede wszystkim ilość czasu na nią poświęcaną, się nie zmieniła, a wręcz z fundamentów postawionych w 2015 roku wybudowałem swój offline’owy dom. Dlatego jestem wciąż bardziej offline.

Przez ten czas wielokrotnie rozważałem usunięcie swojego profilu na Facebook’u. Choć byłem blisko ostatecznego kroku, zawsze pojawiała się myśl, że przecież zarządzam jakimś fanpagem. Chociażby tego bloga. Z drugiej strony, zawsze mogę założyć konto, bez podawania jakichkolwiek swoich prywatnych danych, tylko i wyłącznie, aby zarządzać stronami. Muszę to ponownie rozważyć. Jednak moja aktywność na tym portalu spadła do minimum. Owszem, czasem udostępnię jakiś post, głównie utwór, który na daną chwilę króluje w mojej głowie, ewentualnie zdjęcie z wakacji, na którym mnie nie ma. Czas, który poświęcam na zaglądanie na FB, bardzo się zmienił, wyszczuplał niczym na dobrej diecie. Naturalnym posunięciem stało się dla mnie również usunięcie wszelkich aplikacji mobilnych związanych z Facebook’iem. Wszystko po to, aby mnie nie kusiło i przyznam, że całkiem dobrze wychodzę na takim rozwiązaniu. Zacząłem chyba jeszcze bardziej doceniać nie tylko czas, jaki poświęcam dbaniu o swój offline, ale także prywatność swoją i mojej rodziny. Dlatego też nie publikuję żadnych zdjęć swoich, czy mojego dziecka w całej okazałości. W jakiś sposób staram się też chronić jego prywatność, a jeszcze bardziej utwierdziło mnie w tym przekonanie kolegi Arka Stęplowskiego, który słusznie poddał pod rozwagę „cyfrowy ślad kolejnego człowieka”.

Lot 12 – nie bój się, że umarłem, jeśli nie zobaczysz nic na fejsie

Podobnie wygląda moje zachowanie na Twitterze. Z każdym tygodniem ograniczam tam moją aktywność. Wpisów jest coraz mniej, a i zaglądam sporadycznie. Jeszcze nie udało mi się całkowicie zrezygnować z konta, ale aplikacji mobilnej również się pozbyłem. Na Twitterze publikuję teraz głównie wpisy dotyczące wyników meczów piłki nożnej.

Tak pewnie się zastanawiacie, skoro mniej mnie w social mediach, to jak promuję bloga? Przecież takim zachowaniem zabijam wszelkie wejścia na niego z powyższych źródeł. Cóż, o statystykach nie będę pisał, bo w sumie nie ma o czym. Samoloty wegetują, istnieją już raczej dla mnie samego, żebym miał miejsce, gdzie czasem mógłbym coś skrobnąć, nie dla tysięcy, a dla tych 5 osób, które tu zaglądają, jak skończą im się ciekawsze źródła. Mi to nie przeszkadza, przestałem gonić za osiągnięciami w online. Mam swój mały offline’owy świat, moją strefę komfortu.

Trzymajcie się!

  • Tomasz

    Jestem w tej grupce 5 osób, bo tu zaglądam i czytam od dechy do dechy! 😁😉💪

  • inzaghi89

    Coraz częściej obserwuję i słyszę od ludzi przesyt social media, chęcią „zaczęcia w życie”. Fajnie :). Też drugi raz podchodzę do tego. Przede wszystkim FB daje tu w kość.

    • Powiem Ci, że odkąd zacząłem odcinać się od sieci, czuję się zdecydowanie lepiej. Omijają mnie wszystkie marketingowe kryzysy, jakieś zaczepki personalne, hejty, itp. Mam więcej czasu dla siebie i rodziny. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to co się dzieje w sieci, budowanie jakiejś tam swojej pozycji, przestało mnie kręcić. Doceniam fakt, że również starasz się dbać o swój offline 😀