Jakoś nigdy nie byłem za specjalnie towarzyski. Wynikało to z różnych względów, m.in. z mojej nieśmiałości. Do dziś zdarza się, że będąc w świeżo poznanym towarzystwie, milczę. Ciągle staram się przezwyciężyć nieśmiałość i radzę sobie z tym coraz lepiej. Ale nie o tym dzisiaj. Dziś o tych, którzy są daleko, a jednak blisko.

Mój nieśmiały charakter doprowadzał do sytuacji, kiedy przyjaźniłem się tylko z jedną osobą. Potem, gdy nasze drogi się rozchodziły, ciężko mi było zaprzyjaźnić się z kimś innym. W efekcie, w miejscu zamieszkania przyjaźniłem się tylko z jedną osobą. Inaczej sytuacja przedstawiała się w przypadku znajomych z sieci. Ktoś się pojawiał, ktoś znikał, nigdy się w to nie zagłębiałem. W końcu to byli jacyś znajomi poznani w Internecie, nawet nigdy się nie widywaliśmy.

Sytuacja jednak się zmieniła. Okazało się, że ludzie, których poznałem na studiach, a nawet w sieci, stali mi się o wiele bliżsi, a wszyscy mieszkają daleko ode mnie. Nie widujemy się codziennie, nawet co tydzień. Zdarza się, że widzimy się raz na dwa miesiące, raz na pół roku. Mimo to, mamy ze sobą codzienny kontakt telefoniczny. Wspólnie stworzyliśmy więź, która pozwala myśleć, że gdzieś tam, gdzieś w kraju, są ludzie, na których możemy liczyć, którzy w razie trudnej sytuacji, wsiądą w samochód i przyjadą, albo ja przyjadę do nich. To przyjaźń, która dzieli nie tylko radości, ale troski. Wspólnie wymieniamy się radami, wzajemnie się inspirujemy, aby osiągać kolejne życiowe cele. Z biegiem czasu łączy nas coraz więcej, niż dzieli.

Powstała prawdziwa przyjaźń z ludźmi, którzy są daleko, a jednak blisko.

Podziel się wpisem ze znajomymi
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Share on Google+
Google+