Jest jeden widok, w który mogę się zapatrzeć. Zachód słońca nad morzem. Pokochałem go jako dziecko, gdy rodzice pierwszy raz zabrali nas nad morze. Będąc w szkole podstawowej, widząc pierwszy raz na żywo morze, uważałem, że to najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek widzą moje oczy. Zmieniło się to w momencie ujrzenia zachodu słońca otulającego promieniami każdą falę rozbijającą się o brzeg. Wywarło to na mnie tak ogromne wrażenie, że za każdym razem, gdy jestem nad morzem, poświęcam czas tylko i wyłącznie na obserwowanie zachodu słońca. To już taka tradycja, że ostatni dzień pobytu nad morzem poświęcam na oglądanie zachodu słońca. Z takim widokiem w głowie wracam do domu.

Zapamiętany w myślach obraz przywołuję wielokrotnie w różnych sytuacjach. Aby uspokoić skołatane nerwy. Aby poczuć wytchnienie, wewnętrzną radość. W wyobraźni teleportuję się na plażę tuż przed rozpoczęciem tego pięknego zjawiska. Siedzę z moją żoną i obserwuję jak każdy fragment słońca etapami chowa się za drzewami. Uwielbiam jak zmieniają się kolory, od złocistego, przez żółty, do ognistej czerwieni. Odpręża mnie to i dodaje siły, nawet przywoływane z czeluści umysłu. Wtedy nie jest nic ważne, nic potrzebne. Taki widok potrafi naładować mnie pozytywną energią na kilka kolejnych miesięcy.

Zapatrzeć się w zachód słońca, wsłuchać w szum fal i poczuć eudaimonię. Taki jest cel każdego mojego pobytu nad morzem.

Podziel się wpisem ze znajomymi
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Share on Google+
Google+