Gdzieś, gdzie wielki świat ma się w dupie. Gdzie ulice odśnieżane są sporadycznie. Gdzie krótka ulica ma trzech właścicieli. To właśnie tu mieszkają małomiasteczkowi celebryci.

Nie ujrzysz ich w telewizji śniadaniowej. Nie przeczytasz o nich w Newsweeku. Nie występują na Sylwestra w Polsacie, ani TVP. Ich sława jest lokalna, ale czasami silniejsza niż perfekcyjnej pani od kontrolowania czystości cudzych mieszkań.

Oni uśmiechają się z pierwszych stron lokalnych gazet. Są „ciekawymi” rozmówcami, chociaż nie mają nic wartościowego do powiedzenia. Świecą zębami z profili społecznościowych lokalnych organizacji. Machają niczym w „Familiadzie”. Oni nie spadają z ambony, wybijają się z niej jak Stoch na skoczni. I lecą, lecą, lecą. Na „fejsiuniu” informują o każdej zmianie w ich życiu. Urodziny, imieniny, impreza tu, impreza tam, lot balonem, pierdnięcie, kichnięcie, wielka kupa w sedesie. Pojawiają się na każdej imprezie plenerowej, grupowo, nigdy osobno, żeby pokazać jak rodzina jest wielka, silna i bogata.

Wszystko na pokaz. Żeby inni zazdrościli hajsu, którym się sra na lewo i prawo. Żeby pokazać jakie się ma znajomości, przybija piątki z miejscowymi włodarzami i innymi bogaczami. Żeby zarysować różnice między sobą, a innymi mieszkańcami. Pokazać, że ich stać.

Podziel się wpisem ze znajomymi
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Share on Google+
Google+