Jestem chory na wszystko. Za każdym razem, gdy włączę telewizor. Pstryk, jeden kanał. Pstryk, drugi kanał. Trzeci, czwarty i tak dalej. Nie ustrzegę się przed nimi. Reklamy leków. One są wszędzie. Przez ekran telewizora sprawdzają co mi dolega. Nie muszę się rejestrować w przychodni. Nie muszę czekać w kolejce i tracić czasu. Taka domowa wizyta. Jest badanie, diagnoza i recepta. Leki na trawienie. Na ból dupy. Na porost włosów. Łyknij, wyrosną Ci włosy tu, włosy tam, tam taram tam tam, włosy wszędzie. Nadkwaśność i wzdęcia? Weź tabletkę. Boli głowa? Weź pigułę, ale nie tą na A, tą na I, albo tą na P. Pani na „G” Ci dobrze radzi.

A może kaszel? Jest przecież super-hiper-ultra-zajebisty syrop. Jeszcze dobrze nie rozbolały mnie plecy, ale już wiem, że jest środek X, którym mogę się posmarować. Jak będę się denerwował, to mogę wziąć ten lek, który reklamuje babka z jakiegoś polskiego serialu.

Cudowne są te wszystkie środki, które skutkują w ciągu kilku sekund reklamy. Szkoda, że w rzeczywistości tak nie jest.

I tak leczę się reklamami, które pokazują mi, że jestem chory na wszystko. Chory na reklamy leków.

Podziel się wpisem ze znajomymi
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Share on Google+
Google+