Przeziębiony, umierający mężczyzna. Tak mawiają. Taka jest prawda. Przeziębienie, które mnie dopadło, potęguje bezradność wśród otaczającego świata. Poziom zdenerwowania zwiększa się błyskawicznie przy każdym nieprzyjemnym dźwięku. Ciągłe dopytywanie uczestników rozmowy o wypowiedziane przez nich słowa, doprowadza do irytacji. Niby przeziębienie, taki tam katar, kaszel. A to tragedia wagi państwowej. Katar jest bystrym potokiem. Kaszel przeszywa płuca. Zatykam otwór gębowy, żeby nie zarażać innych, sprawiać wrażenie kulturalnego, że tak mnie nauczono. Najgorsza jest strzała bólu, która raniła moją głowę. Zakleszczona jest w imadle, ktoś jeszcze do niej strzela. W efekcie powyższych składowych jestem niezdolny do istnienia.

Mózg wywala mi „check engine”. Nie pomaga podpięcie pod kompa i usunięcie błędów. Powracają jak bumerang. Majster mówi, że nic z tego już nie będzie. Kolejna pora na leki. Dawka odpowiednia, wg zaleceń ulotki, żeby uleczyć, a nie pogorszyć.

Kilka chwil później – odlot, unoszę się nad wszystkimi problemami. Nagle bum! Spadam w odchłań przeziębienia. W koło to samo. Gdy już poczuję się trochę lepiej, trafiam na ścianę i znów jest gorzej.

A mózg znowu z „check engine”.

Podziel się wpisem ze znajomymi
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Share on Google+
Google+