Pędzę coraz szybciej, przekraczam wszelkie limity swojej wytrzymałości, biegnę, biegnę, dalej, lecz Endomodno nie bada takiego biegu. Kiedy nabieram prędkości, zakręty stają się trudne, spalam się w czasoprzestrzeni i znikam. Natłok działań i myśli ciążących nad moją szczupłą posturą spada i rozbija się na głowie. To sygnał. To wołanie. To alert bezpieczeństwa. Pora zakończyć, zamknąć drzwi, wyłączyć myślenie. Uciekam w offline.

Mam 27 lat i życie ciągle przede mną. Choć dla wielu skończyłem się nim zacząłem, to byłem, jestem i będę. Trwam, póki jeszcze starcza sił. Jednak ich jest z dnia na dzień mniej, znacznie mniej. Wyeksploatowałem swój mózg, myślenie wypadło z torów i wypadło na zakręcie. Kolejny raz, pierwszy tak silny. Siedzę w pokoju potocznie zwanym „dużym”, przy stole, przy którym zwykło się jadać niedzielne obiady. Przede mną on, bandyta, złodziej, laptop, po prawicy jego brat, żołnierz, smartfon. Lewica to ich sprzymierzeniec, niby mały, a tak wielki w swoim znaczeniu, zegarek. Wszyscy oni, działając w porozumieniu, okradają mnie z sił, z doceniania rzeczy ważnych.

Podejmuję wyzwanie rzucone samemu sobie. Podnoszę rękawicę. Tańczę w ringu w rytm hipnotyzującej melodii zwycięstwa. Wygram, wypowiadam nieśmiale pod nosem. Wygram. Odsuwam telefon, zamykam laptopa, podążam w kierunku bram. Wkładam obuwie, białe, niezbrudzone tałatajstwem braku czasu. Wychodzę. Przemierzam metry. Porywam ją. Uciekamy razem.

Odpoczywam mentalnie. Moje ciało otulone przez bezwład nabiera nowych mocy. Cieszę oczy widokiem morza, które uspokaja skołataną duszę. Pełną piersią wdycham świeże powietrze, łaknę go jak narkotyku. Przez pryzmat blasków słońca, wiatru, doceniam to, o czym zapomniałem, naturę. Pogrążam się w uniesieniu radości, chwil spędzonych z dala od zawodowego zgiełku, wymagań, krzyków, deadlinów, rozmów o tym co nie wychodzi, co nas przygniata. Jestem gdzieś tam, gdzie nikt ode mnie nie wymaga, gdzie nie spędzam miliona godzin przed komputerem, ginąc w samym sobie. Uwolniony staję się królem własnego jutra, które będzie piękne.

To odpoczynek, który mi się należy. To on wyzwala we mnie kolejne pokłady energii. Bo w codzienności trudnych spraw nie potrafię doceniać tego, co mnie otacza. Stałem się obojętny na piękno. W trakcie odpoczynku przeobrażam się w dziecko, które cieszy się z najmniejszych rzeczy, których jako dorosły nawet nie dostrzegam. Uwierzyłem, że ciągły bieg ku przyszłości, jest tym o czym marzyłem, o czym śniłem. Biegnę tak szybko, że nie zauważam tego, co mam, tu i teraz, w tym momencie. Przestałem się cieszyć, uwalniam uśmiech, aby ludzie nie pytali co mi jest. Zadręczam się chorymi myślami, które mnie niszczą. W osiąganiu celu utraciłem możliwość latania, spadł mój samolot z papieru. Dlatego zwalniam. Polepszam swoje nastawienie psychiczne. Polepszam swoją zdrowie fizyczne. Odłączam WiFi, LTE i inne łączności. Odsuwam smartfona, odkładam zegarek na półkę i zamykam laptopa. Chwile spędzone bez nich są ciekawsze, lepsze, wyzwalają szczęście. Dlatego uciekam w offline, bo za dużo swojego życia poświęciłem na online.

Tekst ukazał się początkowo na moim poprzednim blogu – Partyzant.IN.

Podziel się wpisem ze znajomymi
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on LinkedIn
Linkedin
Share on Google+
Google+